Joanna Haraźny, April 2006.

Z okazji 10-lecia istnienia Konsulatu Rzeczpospolitej Polskiej w Norymberdze, pozwolę sobie życzyć Państwu wielu kolejnych lat owocnej pracy oraz podziękować za „Spotkanie z Polską“

Zum Anlas des 10-jährigen Bestehen des Konsulat der Republik Polen in Nürnberg, erlaube ich mir Ihnen viele weiteren Jahre der fruchtbaren Arbeit zu wünschen und mich für die “Begegnung mit Polen“ bei Ihnen zu bedanken.
„Spotkanie z Norymbergą“

W mieście które dało początek
I podsumowało
Sądząc samo siebie
Jestem czasem gościem
Czasem przechodniem
Czasem wędrowcem
Mijam Jankow zamyślonych
Jednego od Sachsów
Drugiego od Kochanowskich
(Jeden tu, drugi tam – tacy podobni do siebie)
Na grobie Veita Stoßa ronię łzy nad Witem Stwoszem
(Bialo-czerwone róże pachna tu tak ciepło-różanie)

Czasem jestem
(Kiedy czas pozwala mi być sobą)
Liryką wsród bolesnych nazw bolesnych pól i łąk
Tak marsowo nieziemko nieludzkich
Poezją ciszy i miłości
(Pocóż mi nienawiść)
Okruszkiem historii
W budowlach gdzie jeszcze ślady krwi
Gdzie jeszcze ślady kul
Na podwórku serenad podziwiam
Chór żydowskich niewolnikow
(Oczywiscie Verdiego)
Ciągle jeszcze zagłuszający aplauz holokaustu
A może oklaski już cichną
Jeśli ucichną w nas
Ucichną na zawsze
 

Tylko Jedna Góra
Ale jak strategicznie ważna
Dla losu świata
Dla naszego losu
Ludzkiego
Takiego...

Ona też jak ludzkość
Umarła nie do końca
Budowle tak łatwo dają się odbudować
Tak trudno zebrać myśli niewytresowane

Otulamy ja ciepłem
Twórczą transfuzją wypełniamy
Ja Gość
Ty Przechodzień
My Wędrowcy
Uśmiechem wyciagniętych dłoni poznajemy prawdę
Poznajemy siebie sami i nawzajem
Choćby dotykiem kilku spojrzeń jedynie
Może dłoni
Może nawet ust
Wplatamy to co w nas
W to co wokół
Jacy jesteśmy tacy sami
Jacy równie niepoprawni
Równie ułomni
Tak samo nieudolni
Identyczni swoim na wierzch kładzeniem
Jednakowo niemi i jezykołamiący
W mowie ciała nie rożniący się wcale
Tańczymy na grobach wspólne piruety
Zawsze Ci Najlepsi, bez dobrych i lepszych
 


Dajemy
Czas życia
Czas trworzenia
Odrobinę siebie
Nasze cegiełki odbudowy tego co nie nasze
Co nie my
Czego nie nas pozbawiono

By mój syn był sobą
Dokąd będzię
Wszędzie

Erlangen, 26.04.2006
 

„Begegnung mit Nürnberg“

In der Stadt, die den Anfang machte
Und alles zusammenzählte
Sich selbst richtend
Bin ich manchmal Gast
Manchmal Fußgänger
Manchmal Wanderer
Ich gehe an den Gedanken verfallenen Hänschen vorbei
Eines aus dem Hause Sachs
Das andere aus dem Hause Kochanowski
(Einer hier, der andere dort – so ähnlich zu einander)
Am Veit Stoß Grab vergieße ich Tränen über Wit Stwosz
(Die weiß-rote Rosen riechen so warm und rosig hier)

Zeitlich bin ich
(Wenn die Zeit mir erlaubt ich selbst zu sein)
Die Lyrik zwischen schmerzenden Namen der schmerzenden Feldern und Wiesen
So marsianisch unirdisch unmenschlich
Die Poesie der Stille und der Liebe
(Wozu brauche ich Hass)
Ein Krümelchen der Geschichte
In Gebäuden, wo noch die Blutspuren
Wo noch die Kugelspuren
Im Serenadenhof bewundere ich
Der Chorus der jüdischen Sklaven
(Von Verdi selbstverständlich)
Der bis heute noch den Holocaustapplaus übertönt
Vielleicht wird das Klatschen stiller
Wenn es in uns abklingt
Klingt es für immer ab

Nur Ein Berg
Aber wie strategisch wichtig
Für das Schicksal der Welt
Für unser aller Schicksal
Menschlichen
So einen....

Der Berg wie die Menschheit
Nicht zu Ende starb
So einfach wie die Gebäude sich aufbauen lassen
So schwer is es undressierte Gedanken zu fassen

Mit der Wärme umarmen wir es
Mit der kreativen Transfusion auffüllen
Ich Der Gast
Du Der Fußgänger
Wir Die Wanderer
Durch das Lächeln der ausgestreckten Händen erfahren wir die Wahrheit
Lernen wir uns selbst und einander kennen
Gleich ob nur mit der Berührung einiger Augenblicke
Oder Händen vielleicht
Vielleicht sogar Lippen
Verwickeln wir das was in uns
in das was um uns herum
Wie wir uns gleich sind
Wie ebenso unverbesserlich
Ebenso behindert
Genauso untüchtig
Mit seinem nach oben liegen identisch
Gleich stumm und zungenbrecherisch
In der Körpersprache überhaupt sich von einander unterscheidend
Auf den Gräben tanzen wir gemeinsame Pirouetten
Immer Die Besten, ohne den guten und den besseren

Wir geben
Die Lebenszeit
Die Zeit der Schöpfung
Von sich selbst ein Körnchen
Unsere Steinchen der Aufbau das was nicht uns gehört
Was nicht wir taten
Von was wir nicht enteignet wurden

Daß mein Sohn er selbst sein wird wo und wann egal
solange er sein wird
überall